Zagłada Romów na Sądecczyźnie

Łukasz Połomski

Tematyka losów ludności romskiej na Sądecczyźnie nie była nigdy poruszana przez regionalistów. Ukazał się właściwie jeden artykuł poświęcony wizerunkowi tej grupy etnicznej na Sądecczyźnie w okresie przed II wojną światową[1] oraz publikacja poświęcona współczesnym problemom, ale również nawiązująca do tożsamości i dziejów tej mniejszości[2]. Historia zagłady sądeckich Romów została poruszona wybiórczo w wielu opracowaniach, głównie wspomnieniach. Nie sposób ich zweryfikować i poddać analizie porównawczej i krytyce. Nieliczni Romowie pozostawili swoje relacje, które dziś są bezcennym źródłem na temat okresu wojny. Romski holokaust ciągle stanowi wyzwanie dla badaczy dziejów Sądecczyzny. W historii II wojny światowej jest to nadal biała plama. W naszym regionie, podobnie jak w wielu innych, ciężko mówić o przywracaniu pamięci na temat tych tragicznych wydarzeń, bowiem powinniśmy się skupić na jej budowaniu – do dzisiaj taka pamięć nie zaistniała w społecznej świadomości[3].

Od samego początków „inność” społeczności romskiej związana była z jej pochodzeniem, kulturą, stylem życia, jedzeniem – właściwie ze wszystkim. Już w dawnych wiekach pisano o indyjskich korzeniach tej grupy, choć teorie te ewoluowały. Od początku podkreślano ich odmienność. W XIX w. za romską ojczyznę powszechnie uważano Egipt[4]. Od wieków Cyganie – jak ich nazywano – wykonywali swoje tradycyjne zawody, a pośród nich znajdujemy: niedźwiedników, kuglarzy, wróżbitów, akrobatów, magików, kotlarzy, hodowców koni, zielarzy, kowali i inne. Niestety niemal od początku stawali się obiektem kpin. Wyśmiewano ich za brud, biedę i głupotę. Nikt nie rozumiał ich kultury, obyczajów i koczowniczego trybu życia[5].

Możemy przypuszczać, że w naszym regionie Romowie pojawili się w XV w. i prawdopodobnie przybyli tu z Węgier. Niedługo potem w lokalnej topografii spotykamy nazwy miejscowości związane ze słowem „Cygan”, które na długie lata przylgnęło do Romów. W XVI w. odnotowano wieś Cyganowice (Czigunowycze) pod Starym Sączem. Jerzy Ficowski właśnie w tej nazwie dopatruje się początków osadnictwa grupy Bergitka Roma[6] – tzw. Cyganów Karpackich – z którymi związani są także dzisiejsi Romowie zamieszkujący Sądecczyznę[7]. Niewiele możemy powiedzieć na temat ich działalności, ale zapewne zostali wówczas zepchnięci na ubocze wielkich procesów politycznych i gospodarczych. Doskonale widzimy to w okresie zaborów, kiedy władze dążyły do asymilacji wielu grup etnicznych i narodowościowych.

Dyskryminujące Romów przepisy wprowadziła już cesarzo Maria Teresa. Wpisywały się one w politykę oświeceniową państwa austro-węgierskiego. Należy pamiętać, że Sądecczyzna ze Spiszem już od 1770 r. znajdowała się pod jej panowaniem. W 1782 r. Józef II wydał szereg rozporządzeń, które miały przymusowo ucywilizować Cyganów. Zakazał im używania różnobarwnej odzieży, nakazał edukację, dbanie o higienę i naukę religii. Ponadto zakazał im mówienia w języku romani oraz posiadania koni. Oczywiście wszystkie te przepisy nie były przestrzegane przez Romów, uciekali zarówno przed nimi, jak i przed prześladowaniami[8]. Nadal zajmowali się tradycyjnymi zajęciami, zdobywali uznanie jako muzycy[9]. Do repertuaru wykonywanych przez nich zawodów dołączyło tłuczenie kamieni, które w opinii starszego pokolenia było poniżającym zadaniem, do tego mało płatnym[10].

Od XIX w. w prasie, gazetach docierających także na Sądecczyznę, przedstawiano Romów negatywnie. Może zadziwić repertuar stereotypów i fantazji, które kreowali ich redaktorzy. W 1857 r. negatywny obraz Romów można spotkać już w „Gazecie Lwowskiej”[11]. Autor porównywał ich fizycznie do „murzynów”. Mieli się oni utrzymywać z hultajskiego i niechlujnego życia. Najlepiej Cyganom miały wychodzić kradzieże koni i w oszukaństwie wszelkiego rodzaju […] popisywać się zwykli. Powszechnym ich zajęciem miała być też kradzież dzieci, tym też straszono w całej Galicji dawniej, a nawet długo później – w zasadzie do czasów współczesnych. Ponadto zarzucano im brak religijności, a ich obyczaje uznawane były za zbyt liberalne. Lud dziki, nie jest jednak okrutny, ani gwałtowny[12]. Wszyscy jednak korzystali z ich wróżb. Zajmujący się nauką (Biblia, filozofia) ksiądz Walerian Serwatowski pisał, iż ich wróżbom i ziołom i magnetycznym extasom, nie tylko lud prosty zwykł dawać wiarę[13]. Podobny negatywny obraz utrwalały inne gazety, jak chociażby krakowski „Czas” z 1851 r.[14] W opublikowanym w nim tekście aż roi się od różnych wymysłów na temat Romów. Okres międzywojenny zerwał z krzewieniem tych negatywnych stereotypów – przynajmniej w prasie. Pisano o cygańskich królach, jednak utrwalane przez pokolenia przekonania były już nieodwracalne zagnieżdżone w powszechnej świadomości[15]. Jednym z dziwniejszych pośród nich jest stereotyp dotyczący tego, że Romowie nigdy nie przywiązywali znaczenia do historii. Tak postrzegano to „z zewnątrz”, podobnie jak przywiązanie do wyglądu, domu, ubioru i zasad. W praktyce tak nie było, o czym świadczą badania prowadzone nad romską zagładą – zjawiskiem, które w historii tego narodu stało się niezabliźnioną na lata raną[16].

II wojna światowa stała się najczarniejszą kartą w dziejach Romów. Hitler uważał, że są oni – podobnie jak Żydzi i ludność czarnoskóra –zagrożeniem dla czystości rasy. „Kwestia cygańska” – jak mówili naziści – nie była początkowo paląca, bowiem w Europie znacznie więcej było Żydów. To nimi Niemcy zajęli się najpierw. Kwestią romską, początkowo „naukowo”, zajął się dr Robert Ritter, który w swoich instytucjach badał m.in. liczebność Romów oraz ich charakterystyczne cechy. W tym celu powołano do życia np. Instytut Badania Problemów Dziedziczności. Dowodzono tam stereotypowych frazesów, które dziś uznawane są za tezy pseudonaukowe. W rzeczywistości hitlerowskiego nazizmu padły jednak na podatny grunt. W ten sposób stwierdzono m.in., że Cyganie mają wrodzą zdolność do kradzieży i przestępczości, a cecha ta nie może być wykorzeniona. Pseudoteorie te skutkowały tym, że – wzorem Żydów – postanowiono zlikwidować ludność romską. Wszystkie tezy i kolejne kroki miały prowadzić do tego zbrodniczego celu. Zapisy dyskryminujące Romów znalazły się już w ustawach norymberskich. Rozpoczęła się rejestracja ludności, a od tej pory każdy Rom musiał posiadać nowy dowód osobisty. 17 października 1939 r. Himmler zakazał Cyganom opuszczania miejsc zamieszkania i nakazał sporządzić w przeciągu trzech dni rejestry ludności romskiej. 27 kwietnia 1940 r. pojawiło się pismo tego samego zbrodniarza, w którym polecał wysyłanie Romów do obozów koncentracyjnych, względnie do gett żydowskich. Cyganie „przydatni” ze względu na wykonywany zawód dostali możliwość wykonywania przymusowej pracy, ale pod warunkiem, że poddadzą się obowiązkowej sterylizacji[17].

Mimo że Niemcy ulokowali na ziemiach polskich liczne obozy pracy, to nie one stały się miejscami kaźni Romów. Większość z nich poniosła śmierć w licznych mniejszych bądź większych egzekucjach. Zdaniem J. Ficowskiego, ta „pozaobozowa eksterminacja” była spowodowana faktem, że Niemcy obawiali się ucieczek z obozów. Wyjątkiem było województwo krakowskie, gdzie nie dochodziło do wielu egzekucji, a Romów wysyłano do kompleksu Auschwitz-Birkenau. Dowodzą tego także losy Romów z Sądecczyzny. Niemcy obawiali się umieszczania w obozach Romów ze względu na ich świetną orientację w terenie, szczególnie leśnym i dzikim. Jeżeli dochodziło już do przewiezienia do obozów, to ludzi likwidowano bardzo szybko. Zdarzało się, że osiedlano Romów w gettach, często odbierano im to, co posiadali. Zagłada spotkała zarówno tych, którzy prowadzili koczowniczy, jak i osiadły tryb życia[18].

Miała ona różne oblicza – niekoniecznie musiała się kończyć śmiercią, choć w wielu przypadkach tak było. „Niespójność losu”, o której pisze prof. S. Kapralski, wpłynęła na to, że po wojnie nie zawsze wszystkie grupy miały jednolitą narrację na ten temat. To nie sprzyjało pamięci, choć powodów zapomnienia i milczenia było o wiele więcej[19]. Jeżeli mówimy jednak o Romach z naszych okolic, często są to historie traumatyczne i tragiczne, które mimo ogromu bólu i cierpień nie zostały nigdy przebadane.

Antoni Goga pochodził z Rytra, ale z rodziną prowadził wędrowny tryb życia. Wspominał początek okupacji: Jak opowiadała matka, po początkowo względnym spokoju tak ok. 1941 roku Niemcy zaczęli stosować represje wobec narodowości cygańskiej, zatrzymywali tabory, zabierali dobytek, a nas wywozili do obozów. Gdy przebywaliśmy w okolicach Bochni, zostaliśmy schwytani przez hitlerowców. Niemcy zatrzymali tabor, było tam kilka wozów od naszej rodziny i po raz pierwszy doszło do tragedii, bo Niemcy rozstrzelali czworo najstarszych Romów, przy okazji pobito kobiety i dzieci. Zabrano nam wozy, konie i cały nasz dobytek. Dobrze, że ukryliśmy trochę złota. Następnie przewieziono nas (ok. 40 osób) ciężarówkami do aresztu w Tarnowie. Po jakichś kilku dniach wszystkich zapędzili do żydowskiego getta[20]. Los Żydów, związany z gettami, nie ominął na Sądecczyźnie także Romów.

Na południu Polski znane są przykłady eksterminacji Romów, np. w Szczurowej koło Brzeska[21]. Tam – pod pozorem przesiedlenia – zostało rozstrzelanych 98 osób. Wiemy, że w 1942 r. w Żabnie również zabito Romów (47 osób pracujących przy wałach na Dunajcu i w cegielni). Rozstrzelano ich w pobliżu cmentarza żydowskiego, wcześniej musieli rozebrać się do naga. Jeżeli takie egzekucje odbywały się na Sądecczyźnie, to zapewne przebiegały w podobny sposób[22]. Niemcy robili to z przekonaniem, przygotowani do tego ideologicznie i propagandowo – wierząc, że nie strzelają do ludzi. Jeden z nich pisał tak: Z większą łatwością przychodzi rozstrzeliwanie Żydów niż Cyganów. Trzeba przyznać, że Żydzi idą na śmierć bardziej zdeterminowani, stoją spokojnie, podczas gdy Cyganie płaczą, poruszają się ciągle, nawet kiedy znajdują się już na miejscu straceń[23].

Nie znajdujemy informacji na temat takich egzekucji w naszym regionie, a już na pewno nie odnajdujemy upamiętnień niemieckich zbrodni na Romach. Ciekawa w tym kontekście wydaje się być relacja Mojżesza Bergmana, który opisywał dużą egzekucję, w której uczestniczył. Miała ona miejsce w Krzyżówce. Żydowski świadek był wywieziony w grupie robotników w okolice skrzyżowaniu dróg, na górze Huta koło Krynicy. Pierwsze auta przywiozły niemal 120 osób, jak trafnie zapisał świadek: kandydatów na śmierć. Byli to Żydzi, często bardzo młodzi (niektórzy mieli zaledwie 13 lat). Ofiary pochodziły ze Starego Sącza, Rytra, Piwnicznej, Łącka i Wierchomli. Jeden z Niemców wyciągnął listę i odczytał ich nazwiska, a przy okazji zorientował się, czy jest ich tyle ile ma być.

Bergman pisał: Całą wyżej wymienioną grupę popędzono różnymi dróżkami i ścieżkami po lesie oddalającymi się od głównej drogi, którą przybyliśmy. Szliśmy około 1/2 godziny a następnie nas odłączono od pozostałej grupy, która kontynuowała swój ostatni przed śmiertelny marsz. Do kopania mogiły nie angażowano nas, lecz zmuszono do tego Cyganów i tutejszych Żydów. Podczas samej pracy przy kopaniu bratniej mogiły, „SS-owcy” w bestialski sposób znęcali się nad wszystkimi skazańcami. Wykopano 2 duże doły, oddalone od siebie około 500 m. Prace wykonano w dość szybkim tempie w czasie 4-ch godzin. Po upływie około 10-ciu minut od ukończenia pracy, usłyszeliśmy znane nam głosy strzałów z broni maszynowej i pojedyncze strzały, oznaczające dobijanie rannych. Okazało się szybko, że Żydzi nie byli Niemcom potrzebni do kopania, bowiem na miejscu byli pracujący Romowie: Po tym wszystkim zbliżyliśmy się do samego miejsca kaźni, gdzie zastaliśmy obok martwych, 20-tu Cyganów, celowo i chwilowo pozostawionych przy życiu. Cyganie ci wraz z naszą grupą zasypywali dół a na wierzch narzucaliśmy rożne gałęzie i igliwie. Nim zdążyliśmy się uporać z tą pracą, ponownie usłyszeliśmy te same strzały przy drugim dole. Nie wiedzieliśmy o co tam chodzi, bo wszystkich przywiezionych (oprócz tych 20-tu) już rozstrzelano i pogrzebano. Nas razem z kolei przerzucono do pracy przy drugim dole. Ku zdziwieniu zobaczyliśmy trupy, około 80–100 kobiet Cyganek. Skąd się tam wzięły i kiedy ich przypędzono lub przywieziono nie znajduję odpowiedzi. Pozostawieni przy życiu Cyganie na ten straszny widok rozszaleli się, krzyczeli, płakali i tarzali się po ziemi. Tych to zaraz „SS-owcy” unieszkodliwili strzałem z pistoletów w tył głowy a przed ukończeniem zasypywania drugiego dołu, „SS-owcy” wykończyli pozostawionych przy życiu Cyganów. Ich to my dorzuciliśmy do na wpół przysypanego dołu. Pozostałą prace juz ukończyła nasza 18-toosobowa grupa grabarzy, warto zaznaczyć, że przed zasypaniem dołów, ofiarom usuwano z ust złote zęby, kolczyki z uszów i pierścienie z palców. Czynności te, tym razem wykonali sami „SS-owcy”. Do więzienia wróciliśmy juz wieczorem[24]. Opisywane wydarzenia musiałyby mieć miejsce w 1940 lub 1941 r., co pokrywa się chronologicznie z wysiedleniami Romów z tej okolicy. Niestety Bergman nie zostawił nam innych informacji na ten temat. Podobnie jak w wielu wypadkach również i ta opowieść wymaga jeszcze potwierdzenia w innych źródłach.

Prawdziwym symbolem eksterminacji Romów stał się obóz KL Auschwitz II-Birkenau[25], gdzie znajdował się sektor cygański – Zigeunerlager. Należy jednak dodać, że sporo Romów znajdowało się także w innych częściach obozu[26].

Tutaj śmierć spotkała wielu Romów z Sądecczyzny, o których losach poniżej. Pierwsze większe transporty romskie do obozu trafiły w 1943 r. Każdy okręg policyjny miał aresztować ludność romską w przeciągu jednego dnia, wsadzić do pociągu i wywieźć. Miało to zapewnić szybką i skuteczną akcję, nie absorbując przy tym uwagi ludności. Obóz cygański, do którego trafiali to dawne stajnie kawaleryjskie, teren wyjątkowo nieprzyjazny do życia – błotnisty, bez roślinności. Sektor ten funkcjonował inaczej niż w całym kompleksie – był to Familienlagier, a więc obóz rodzinny. Nie zabrano Cyganom ubrań, pieniędzy, bagaży, a nawet początkowo ich nie golono. Czarne trójkąty, które naszywano na ich ubraniach miały oznaczać, że są osobami aspołecznymi. Na ramieniu pojawiała się literka „Z” od Zigeuner (niem. Cygan)[27].

Na samym początku ulokowano ich w 32 barakach stajennych, które nie były ogrodzone. W lipcu 1943 r. pojawiły się naelektryzowane druty, stanowiące oddzielenie od pozostałej części obozu. Więźniowie mieszkali w katastrofalnych warunkach – w jednym bloku nawet 500 ludzi. Początkowo nie pracowali, ale po licznych chorobach, które pojawiły się w obozie, Niemcy zatrudnili ich do prac wodociągowych i wożenia ziemi. Pośród pracujących znalazło się aż 200 kobiet. Społeczność romską stanowiła ludność pochodząca nie tylko z Polski, ale także Niemiec, Czech, Węgier, Holandii, Litwy i innych krajów. Już w 1943 r. było to niemal 20 tys. ludzi. Wśród nich znaleźli się Romowie o różnych zawodach, także posiadający zasługi dla Niemiec w czasach cesarskich, co teraz nie miało dla nazistów żadnego znaczenia. W 1943 r. kazano w depozyt oddawać wszystko, co mają cennego. Oczywiście ten rzekomy „depozyt” był kradzieżą. W tym samym roku część Romów została wysłana do KL Mauthausen. Pogarszały się warunki sanitarne, dlatego już na początku istnienia sektora utworzono szpital, który wyglądał bardzo prymitywnie. W tym czasie pojawiały się różne zakaźne choroby, które dziesiątkowały ludność. Niemców szczególnie interesowały przypadki nomy, a więc raka wodnego – objawami było gnicie szczęki i dziury w policzkach. Nie można zapomnieć o eksperymentach medycznych, a także bliźniętach cygańskich, którymi szczególnie interesował się dr Josef Mengele[28]. Największym zagrożeniem były jednak tyfus plamisty, gruźlica i świerzb. Tylko od marca do września 1943 r. w obozie zmarło 7 tys. Romów[29].

2 sierpnia 1944 r. Niemcy przystąpili do likwidacji obozu cygańskiego[30]. Wcześniej część Romów wywieziono do FKL Ravensbrück i KL Buchenwald. Co ciekawe, na miesiąc przed zbrodniczą akcją ustawiono w obozie karuzelę i stworzono „ogródek dziecięcy”. Obóz postanowiono zlikwidować, bo podobno był „rozsadnikiem chorób”. Usunięto wszystkich nieromskich pracowników i obstawiono całość esesmanami. Likwidację nadzorował sam dr Mengele. W czasie zbrodniczej akcji, praktycznie bez możliwości oporu – choć i taki się zdarzał –  cały obóz cygański wysłano do komór gazowych[31].

Niewielu sądeckich i limanowskich Romów po wojnie wracało do tych obozowych wspomnień. Niewielu też przeżyło to piekło. To było straszne – mówił jeden z nich[32]. Trauma niejednokrotnie doprowadziła do tego, że ludzie nie chcieli mówić o wydarzeniach wojennych, a dzisiejszą skalę wydarzeń znamy jedynie ze spisów więźniów. Analizując je krok po kroku, możemy jednak dojść do przekonania, że większość aresztowań nastąpiła zimą 1942/1943 r. Wówczas Romowie trafili do więzienia w Tarnowie,  a potem do Krakowa. Możemy jedynie przypuszczać, że pierwszym przystankiem był dla nich Nowy Sącz. Z Krakowa wywożono ich do KL Auschwitz. Datą niezwykle symboliczną jest 28 stycznia 1943 r., kiedy większość zatrzymanych trafiła do obozu. To pierwszy ważny wniosek, który można wysnuć z analizy statystyk. Z obozowego kalendarium wynika, że tego dnia do obozu dotarło kilka zbiorowych transportów, m.in. 515 więźniów skierowanych do obozu przez Sipo z więzienia w Krakowie i Tarnowie, w innym transporcie 1477 więźniów z tych samych miejsc. Nadano im numery w przedziałach 32 089–32603 oraz 55039–96515[33]. Pośród nich byli Romowie z Nowego Sącza i okolic. Drugi – tragiczny wniosek – dotyczy faktu, że Romowie w piekle kompleksu Auschwitz przetrwali zaledwie 2 do 4 tygodni. Większość z nich została zamordowana w lutym bądź w marcu 1943 r., o czym świadczą podane poniżej dane dotyczące poszczególnych Ofiar.

Romowie z Nowego Sącza trafiali do obozu przed utworzeniem Zigeunerlager, czyli przed 26 lutego 1943 r. Poniższa analiza wskazuje, że większość z nich nie żyła już w momencie utworzenia obozu cygańskiego. Warto tutaj dodać, że nie są to wszyscy Romowie, którzy trafili do Auschwitz, a jedynie wybrane przykłady. Ciężko odtworzyć całościową listę, bowiem w wielu przypadkach kwestionariusze nie poruszały tematu narodowości, jedynie przynależność państwową. Wiemy, że deportacje takie trwały od lipca 1941 r.[34] Zdaniem badaczy najniższa liczba – niemal pewna – wywiezionych wówczas tutaj Romów to 370 osób, ale możemy być pewni, że jest ona zaniżona ze względu na niepełne dane. Wielu z umieszczonych w lagrze pochodziło z Sądecczyzny[35].

Niewiele zachowało się wspomnień z aresztowań Romów. Weronika Mirga z domu Ciureja była rodem z Chełmca, ale wraz z krewnymi przeniosła się do Szczawnicy. Najpierw Żydów wymęczyli, a potem za Cyganów się zabrali – wspominała. Wiedzieli o zbrodniach w Krościenku nad Dunajcem, o wysiedleniach Żydów, ale nie przypuszczali, że oni będą następni. Z biegiem czasu Niemcy coraz częściej do nich przychodzili, brali ludzi do kopania okopów – jak im tłumaczyli – a w rzeczywistości zabierali ich na egzekucje. Jej ojciec Tomasz Ciureja, znany kowal, został zabrany do obozu w Auschwitz zimą. Przed aresztowaniem wyciągnął siekierę i ranił ostrzem Niemca tak, że siekiera została w ramieniu. Skuli go i zabrali. I  już my go więcej nie widzieli. Zabrali jeszcze jednego, dalszego krewnego – Ondycza. Miał zaledwie 27–28 lat. Zatrzymali go tylko dlatego, że zaczął bronić ojca[36].

W obozie zginęło kilka rodzin romskich z regionu, o których informacje znajdujemy w spisie więźniów KL Auschiwtz. Możemy śledzić te spisy, analizując poszczególne wioski i miasta. W 1943 r. w obozie zginęła rodzina Bladyczów z Powroźnika: Asafat (ur. 1910) i wywodząca się z Ondyczów Aleksandra (ur. 1911), która przeniosła się do Wojkowej. Obydwoje zginęli na początku 1943 r. Byli grekokatolikami. Warto odnotować, że Romowie, którzy żyli na Łemkowszczyźnie wyznawali głównie tę religię. Nie wiemy, co stało się z robotnikiem Janem Bladyczem z Powroźnika (ur. 1922 r.). Do obozu dotarł w styczniu 1943 r. po pobycie w więzieniach w Tarnowie i Krakowie. Wytatuowano mu numer obozowy (95224)[37]. W 1943 r. zginęła Julia Czerwieniak (lat 50) z Powroźnika i pochodzący z okolic Jan Czerwieniak. Wszyscy przybyli do obozu transportem 28 stycznia 1943 r.[38] Z tej wsi wymordowano także członków rodziny Czerwonobroda. Semen miał 17 lat; przetrwał w obozie do marca 1943 r. Podobnie Filip (ur. 1904 r.). Jego żona Waleria Czerwonobroda pochodziła z Rytra, z rodziny Ondycz (ur. 1917 r.); zabito ją w lutym 1943 r. Wiemy, że zagładę przeżył kowal Jan Czerwonobroda (ur. 1911 r.). Zatrzymano go bez zarzutów i w styczniu – przez Tarnów i Kraków – wywieziono do KL Auschwitz. Nadano mu numer 95241. Został przeniesiony do obozu Flossenburg, gdzie doczekał wyzwolenia[39]. W KL Auschwitz zginęli też inni Romowie z Powroźnika: Klara Ondycz z domu Czarna (ur. 1900 r. w Rytrze), Jurko Ondycz (ur. 1909 r. w Szczawniku)[40]. Zabito też Annę Siwak – miała 15 lat[41].

W Tyliczu mieszkał Jacek Czerwonobroda (ur. 1923 r. w Krynicy). Zabito go w marcu 1943 r. w Auschwitz[42]. W tym czasie zamordowano też Antoniego Mirgę z Tylicza – miał 23 lata[43]. Taki sam los spotkał Teodora Siwaka, rodowitego mieszkańca wsi (ur. 1899 r.)[44].

Wśród zabitych pochodzących z Wojkowej byli wspomniana Aleksandra Bladycz i jej mąż, przedwojenny kowal Cyprian (ur. 1902 r.). W obozie zginęła także ich 16-letnia córka – Marysia, która w Auschiwtz była od 28 stycznia 1943 r. Otrzymała numer obozowy (32503), została zamordowana na początku lutego[45]. Zabito tam też Tymko Ondycza (ur. 1909 r. w Krynicy) z tej samej wsi[46].

W Auschwitz zginęli też Romowie z Berestu: Helena Bladycz urodziła się w 1913 r., w Ropicy koło Gorlic, w rodzinie Siwaków. Zginęła w 1943 r., ale jej mąż Ludwik najprawdopodobniej nie trafił do obozu. W Auschwitz w tym samym czasie zginęli inni Romowie z Berestu – Mikołaj Bladycz (ur. 1916 r. w Krynicy) i robotnik Piotr Bladycz (ur. 1924 r.). Ich rodziny – przynajmniej Piotra – nie trafiły do obozu (rodzice Jurko i Teodozja)[47]. Była to znana rodzina kowali – jedyna, która mieszkała w Bereście. Głową rodziny był wspomniany Jurko Bladycz, ale jego los jest nieustalony. Wykonywał pługi i sprzęt, nie zajmował się podkuwaniem koni. Został zapamiętany jako bardzo uczciwy i, jak wspominano: za robotę wziął co mu tam kto dał. Tamtejsi Romowie byli bardzo weseli, często grali ludziom. Oprócz własnych dzieci Jurko przygarnął i wychował dzieci romskie z Kamiannej – łącznie było ich 16. Szczególnie wiele sierot przybyło do jego domu po wysiedleniach do KL Auschwitz Romów z tamtej wsi. Bieda u nich w domu była wówczas straszna: Chodziła więc cyganka po domach, bo gospodarstwa nie mieli. Zawsze się jej coś tam dało – wspominano. Po wojnie ktoś zabrał dzieci do Kamiannej[48]. W obozie zabito też innych Romów z Berestu, m.in. 23-letnią Marię Siwak, rodem z Łabowca. Z Polan, pobliskiej wsi, pochodził Teodor Siwak – rocznik 1892[49].

Pośród Ofiar Auschwitz z Mochnaczki należy odnotować Pawła Siwaka (ur. 1908 r.), który zostawił po sobie rodzinę[50]. W opinii W. Garbery we wsi tej Cyganie nie mieli w czasie wojny źle, Niemcy ich nie prześladowali tak, jak w innych miejscach. Po innych wioskach często zdarzały się pobicia. Przytacza jednak historię związaną z Łemko, Danielem Sucheniakiem: Miał dwóch synów: jeden żonaty, drugi kawaler. Hulaki byli. Wypić by wypili, ale nie było za co. Gospodarstwo mieli duże. Któregoś razu do młócenia Cyganów wynajęli. I rzekomo Cyganie ich okradli. Przyjechała ukraińska policja, zabrali Cyganów, pobili… Oni tak krzyczeli, że się pół Tylicza zeszło. To było na rynku […] Ludzie zaczęli prosić, żeby Cyganom dali spokój, bo oni są niewinni. Okazało się, że to synowie gospodarza zabrali pieniądze, nie oni[51]. Smutny los Romów z tej okolicy dopełnił się w czasie Akcji „Wisła”. W 1947 r. przesiedlono wspomnianego Jurko Bladycza z Berestu – razem z nim wyjechała żona i ośmioro dzieci[52].

Krwawa historia zagłady Romów nie ominęła Krynicy. Być może wspomniany wyżej Mikołaj był synem zamordowanej w Auschwitz Marii Bladycz z domu Siwak, mieszkanki Krynicy (ur. 1885 r.). Została ona zabita w 1943 r.[53] Z Krynicy pochodził też Cyprian Ondycz (ur. 1902 r. w Wierchomli) – zginął, zostawiając po sobie żonę Martę[54]. Zabito też sporo Siwaków – m.in. dwóch Michałów. Jeden miał 26 lat, a drugi, starszy, urodził się w 1914 r. i jego los jest nieznany. Zginęli też: Siwak Petro (ur. 1923 r.); Piotr (ur. 1927 r.); 40-letnia Tekla; Zuzanna z domu Czerwieniak (ur. 1910 w Krynicy)[55].

Zagłada spotkała też rodzinę Bladyczów z Kamiannej. W Auschwitz zginęli tam początkiem 1943 r. Julia z domu Czerweniak (ur. 1903 r.) i Teodor (ur. 1893 r.). Ten ostatni zostawił po sobie być może rodziców (Karolina i Danko), których nie ma w spisie ofiar obozu. Z całą pewnością w Auschwitz śmierć spotkała jego żonę Teodorę z domu Czerwieniak (ur. 1890 r. w Żegiestowie) – została zabita dzień przed mężem. W obozie zginęła tego samego dnia co Teodora (11 luty 1943 r.) i pochodząca z Łabowca Melania Bladycz (ur. 1915 r.) – wydaje się, że niezwiązana blisko rodzinnie z powyższymi osobami[56].

Wiele innych łemkowskich wsi zostało objętych wówczas aresztowaniami, a w konsekwencji wysyłką Romów do KL Auschwitz. Z Łabowej pochodzili także zamordowani w lutym Berta Czerweniak (ur. 1879 r.) i jej mąż Nikita (ur. 1886 r. w Uhryniu)[57]. Z Żegiestowa wywieziono i zamordowano w obozie Annę Czerwieniak (ur. 1889 r. w Kamiannej)[58]. W Łabowcu mieszkał i urodził się Leszek Ondycz (1897 r.) – zabity w 1943 r. w Auschwitz[59]. Sporo zginęło Ondyczów z Kotowa. Pośród nich są Fenna Ondycz z domu Siwak (ur. 1887 r. w Czyrnej) i jej mąż Józef Ondycz rodem z Łabowca (ur. 1904 r.)[60]. Ze Złockiego pochodził Ludwik Czerwieniak, który był muzykiem. Został zabity w obozie w 1943 r. Miał 21 lat[61].  Zginęła też Marta Ondycz (ur. 1885 r. w Łabowcu)[62].

We Florynce starsi mieszkańcy pamiętali wysiedlenia Romów. Jeden z nich miał kuźnię, drugi posiadał gospodarstwo. Obydwaj zostali zabrani do Auschwitz tuż po wysiedleniu ze wsi Żydów[63]. W spisach ofiar tego obozu znajdujemy Marię Czerwieniak (ur. 1907 r.) z domu Bartoch, która mieszkała we Florynce. Zabito ją w obozie w lutym 1943 r. Zostawiła po sobie męża Dymitra[64].

Spośród Romów z Wierchomli za obozowymi drutami zginął Józef Czerwieniak (ur. 1912 r.) zabity w lutym 1943 r. W kwietniu tegoż roku zamordowano pochodzącą z tej wsi Katarzynę Czerwieniak (ur. 1914 r.) – prawdopodobnie obydwoje przybyli do obozu 28 stycznia 1943 r. W marcu śmierć z rąk nazistowskich oprawców spotkała Wasyla Czerwieniaka (ur. 1904 r. w Słotwinach). Jego żona Maria (ur. 1898 r.) została zamordowana w lutym. Ciekawa jest historia Asafana Czerwieniaka z Wierchomli: Jak większość Romów do obozu dotarł 28 stycznia 1943 r. – wcześniej przebywał w Tarnowie i Krakowie. Musiał czymś zawinić, bowiem 16 lutego został skierowany do karnego bloku nr 11. Być może próbował ucieczki. Rozstrzelano go prawdopodobnie 19 lutego[65].

Z Jazowska pochodził, choć mieszkał w Szczawnicy, Mateusz Ciureja. W 1943 r. został zabity w Auschwitz[66]. Z Naszacowic pochodził zamordowany Stanisław Mirga (ur. 1907 r.) – zostawił żonę Hannę[67].

W Auschwitz zginęło kilkanaście osób z Grybowa. Być może w czasie II wojny światowej wszyscy oni byli uwięzieni w tamtejszym getcie. Wspominali o tym świadkowie, a pamięć o tej historii jest żywa. Romów miano ulokować w okolicy ul. Anielewicza[68]. Pośród nich zamordowany został kowal Tomasz Ondycz (ur. 1875 r. w Kotowie[69]). W lutym i marcu 1943 r. zginęło bardzo dużo Siwaków, a pośród nich Aleksander (ur. 1909 r. w Białej Niżnej) z żoną Femią (ur. 1919 r. w Brunarach). Zabito też Filipa Siwaka (rodem z Mochnaczki); 30-latek zostawił żonę. Podobnie Iwan Siwak (ur. 1921 r. w Ujac). Pośród ofiar znajdujemy także innych grybowian: Karolinę Siwak (50 lat, rodem z Niedźwiedzia); Klarę Siwak (ur. 1887 r. w Łosiach); 18-letniego Kuźmę Siwaka rodem z Florynki; 40-letniego rodowitego grybowianina Makara Siwaka; Marka Siwaka (ur. 1905 r.) – zostawił żonę Natalię – oraz Władysława Siwaka (ur. 1921 r. w Bereście) – zostawił żonę Paraskę[70].

Pośród opracowań historycznych znajdujemy skromną relację o wysiedlaniu Romów z Łącka: Matkę i ojca Niemcy zabili. Adam i Rozalia im było. Niemcy przyjechali i ojców do Oświęcimia zabrali. Dużo ich zabrały. Z Łącka wszystkich zabrali[71]. Wiemy, że w obozie zginęła Katarzyna Mirga z domu Szczerbionka – miała 50 lat[72]. Podobnie Franciszek Bońcio (ur. 1929 r. w Łącku, ale zamieszkały w Zabrzeży). W obozie był niecałe trzy miesiące, bowiem 6 marca 1943 r. został zamordowany[73]. Z Zabrzeży wywieziono też Adama Mirgę (ur. 1911 r. w Maniowach). Być może jego żoną była zabita również w 1943 r. Rozalia Mirga (ur. 1910 r. w Starym Sączu). Ginie też Bronisława Mirga – 15 lat, rodem ze Starego Sącza, córka Rozalii. Wszyscy doczekali późnej zimy w obozie. Ponadto spośród Romów z Zabrzeży zabito w lutym też Józefa Mirgę (ur. 1905 r. w Nowym Targu), Stanisława (ur. 1913 r. w Ochotnicy) i 17-letnią Karolinę Mirgę. Ciężko wykazać jednak ich pokrewieństwo z pozostałymi. Katarzyna Mirga urodziła się w Nowym Sączu w 1910 r. Zostawiła po sobie męża Adama i zapewne też dzieci. Zamordowano ją 13 lutego 1943 r.[74]. Z Zabrzeży wywieziono też zamordowanych Szczerbów (wszyscy rodem z Łącka): Antoni został zabity w 1944 r., 20-letnia Franciszka i 19-letnia Stefania w 1943 r. [75]

Zagłada w obozie Auschwitz nie ominęła też Romów ze Starego Sącza. Anna Ciureja, jak większość Romów z naszej okolicy, przybyła do obozu 28 stycznia 1943 r. Zginęła 6 lub 12 lutego. Miała 60 lat. W tym czasie zamordowano też Bronisławę Ciureję z domu Bońcio, rodem z Gołkowic (ur. 1914 r.), umarła 12 lutego. Być może zostawiła po sobie męża Józefa, którego nie ma w spisie ofiar. Zginął też brat Józefy, Władysław – miał 17 lat, w obozie przeżył do 3 marca 1943 r. – oraz kowal Paweł Ciureja (ur. 1883 r. w Szczawnicy), który zostawił po sobie żonę Marię[76]. Stefania Mirga miała 22 lata, kiedy ją zabito; pochodziła z Podegrodzia, gdzie zostawiła rodzinę. Miała męża Jana. Waleria Mirga urodziła się w 1912 r. w Łukowicy, mieszkała w Starym Sączu. W lutym 1943 r. zabito ją w Auschwitz[77]. Zginęła też wdowa Franciszka Szczerba (ur. 1901 r. w Moszczenicy) z domu Ciureja. Przed wojną mieszkała na Piaskach[78].

Nazwisko Ciureja było popularne również pod Starym Sączem. Pośród ofiar Auschwitz znajdujemy Romów z tej rodziny z Długołęki. Zginęła tam Gelefija (ur. 1919 r. w Zbyszycach) – wysłana do obozu 28 stycznia, a zamordowana już 14 lutego 1943 r. Tym samym transportem – przez więzienia w Tarnowie i Krakowie – do „fabryki śmierci” posłano Kunegundę Ciureję. Zabita została 20 marca, miała zaledwie 22 lata. Szczepan Ciureja pochodził z Podegrodzia (ur. 1913 r.), został zamordowany w marcu 1943 r.[79] Zabito też 25-letniego Bronka Mirgę, mieszkańca Długołęki[80].

Wielu Mirgów z Mostek pod Starym Sączem zginęło za drutami KL Auschwitz. Agnieszka z domu Ciureja (ur. 1906 r. w Szczawnicy) została tam wysłana na śmierć z mężem Antonim (ur. 1905 r.). On zabity został w marcu, ona w lutym. W marcu giną też ich synowie, Antoni – miał 13 lat – i Eugeniusz – 17 lat. Śmierć poniósł także inny mieszkaniec Mostków – Ludwik Mirga (ur. 1926 r.)[81].

Z pobliskich Popowic wywieziono Genisławę Ciureję z domu Szczerba. Zabito ją 12 lutego 1943 r; miała 19 lat. Wcześniej – bo w lutym 1941 r. – do obozu posłano Józefa Ciureję z Popowic (ur. 1919 r. w Starym Sączu). W obozie przetrwał ponad rok – zamordowano go w marcu 1942 r.[82]

Wojna zebrała krwawe żniwo również w Rytrze. Wieś od lat była znaną osadą cygańską, zaś Romowie mieszkali w miejscu dojazdu do Piwnicznej, przy tzw. cygańskim potoku. Było ich tam 50, najbardziej znani byli Ondyczowie – Stanisław i Władysław – którzy słynęli jako muzycy[83]. Warto także wspomnieć o żywej wśród Cyganów historii, jakoby osada miała powstać przy pomocy właściciela majątku, hrabiego Adama Stadnickiego: jak niesie cygańska wieść, hrabiego miał łączyć romans z jedną z tamtejszych młodych cyganek, toteż nie szczędził ofiarności dla jej miejsca zamieszkania[84].

W okresie wojny było tam 12 cygańskich domów. Z relacji Ondycza można wnioskować, że po przyjściu Niemców stworzono tam rodzaj getta: Przyszli Niemcy, z drogi kazali usunąć mieszkanie, tak, że tatuś rozburzył mieszkanie i tak w górze, koło potoku trzeba było się osiedlić. Jak tatusia wzięli, gdzieś miałam 9 lat, jakiś 1941 rok. Nie wrócił już. Jak było małżeństwo, to ich tak razem wzięli, tak jak stali na drodze. A nas dzieci zegnali do jednego domu. Tam nas wpędzili. Krzyków tyle było, że aż strach. A starszych zbierali na tej drodze. Taki szereg był. Wzięli ich do pociągu. Które było małżeństwo, to się za ręce trzymali, a kto był sam, to swobodnie szedł. I pojechali do Piwnicznej. Tam ich trzymali w takim domu kilka dni. Potem jechali pociągiem jak bydło. Myśmy szli i patrzyli, czy tatuś wróci. A mama się uratowała. Na łóżku siedziała. Pełno dzieci koło niej. Krzyku, płaczu. Wchodzi wojskowy, żeby zamknąć drzwi i mówi: „Tam już starszych nie ma”. Tak ich zaślepiło[85].

W obozie zginęło sporo osób z Rytra o nazwisku Ciureja: Anna (ur. 1888 r. w Wojkowej) została zamordowana 11 lutego 1943 r. Z kolei 20 lutego zginął Jakub Ciureja (ur. 1885 w Ochotnicy), Rom z Rytra. 14 lutego zamordowano Karolinę Ciureję – miała 16 lat. Jej matka, Katarzyna, być może przeżyła[86]. Zginęła też rodzina Goga. Na przełomie lutego i marca zabito rodzeństwo: Rozalię (ur. 1915 r.) i Franciszka (ur. 1925 r.). Ten ostatni zdążył przed wywózką przenieść się do Starego Sącza. Zginął Antoni Goga (ur. 1907 r.) – została po nim żona Elżbieta. 15 lat w momencie śmierci miał Józef Goga, wysłany do Auschwitz, jak większość Romów, pod koniec stycznia, a zabity początkiem marca[87]. Do obozu trafiła też Anna Ondycz, która miała 19 lat. Została przewieziona z więzienia w Krakowie 28 stycznia 1943 r. Nadano jej numer 32468. Trafiła do Dachau, potem do Ravensbrück – przeżyła gehennę obozów[88]. Zginął za to Józef Ondycz (ur. 1876 r.)[89].

Jeden z potomków rodziny Goga udzielił Annie Lubeckiej wywiadu, w którym opisał wysiedlenie. Możemy jedynie przypuszczać, że podobne schematy panowały w innych miejscach Sądecczyzny: Z Rytra wszystkich do Oświęcimia zabrali. Pani, to było straszne. Wszystkich wypędzili z domów, z mostku do rzeki wrzucali, strzelali, jak kto uciekał. W nocy z Piwnicznej transportem do Oświęcimia zabrali, tak w latach 40., 1940, może. Matka między dzieci się schowała. Spędzili ich do jednego pokoju. Było 18 dzieci, także dzieci córek. Nie zauważyli jej i tak została. Wojna to makabra. Domy kazali rozbierać. Mój ojciec na jednej ręce mnie nosi, a w drugiej belki z domu. W zimie na słomie my spali. Na tyfus my chorowali. Było zagrodzone, że nie wolno na osadę chodzić. Głód był straszny. Przemarznięte ziemniaki my zbierali i na placki tarli. Mama wszystko porozdawała za chleb, za ziemniaki. Miech kowalski, narzędzia ojca. Potem nas wzięli do domu dziecka. To był rok 45/46, jak wróciłem, to się musiałem romskiego uczyć. Jak Rosjanie przyszli, Cyganie grali, a Rosjanie gwałcili Cyganki. Zabijali[90]. Po wywózce ludzie szukali Romów. Wspomina Ondycz: Pytali o tatusia, bo tatuś był szewcem, kowalem, domy stawiał, piece, futryny. Wszystko umiał. Ludziom pomagał. Wyprawiał skóry. Oficerki robił, co Pani chciała[91].

Rzeczywiście Polacy żyli z ryterskimi Romami w zgodzie. Barbara Godfreyow pisała: Kiedyś Krysia nie wytrzymała i po cichu mi szepnęła, że Niemcy ostatnio wywieźli Cyganów z Rytra, i że nie ma już obozu za rzeką. Zaschło mi w gardle. Pomyślałam o tym, że za rzeką będzie pusto i cicho. Ani jednego ogniska, ani jednej czerwonej spódnicy. Powiedziałam wtedy do Krysi, że dobrze, że mama kupiła od nich dwie patelnie, i że nigdy już nie pójdę nad rzekę. Pamiętam też, że zapytałam o to, gdzie będziemy teraz słuchać muzyki. Niemcy zostawili tylko sieroty (26 osób) z dwiema starszymi Romkami do opieki. Ludzie o tym wiedzieli i starali się pomagać im, jak mogli: Wtedy wyjaśniło się, dlaczego ojciec chodził wieczorami do rzeźni. Pracował tam dozorca, który kiedyś ożenił się z Cyganką. Ojciec przychodził do rzeźni, jak tylko dostawał od niego informację, że krowa może poronić. Dużo krów było cielnych i stąd było dużo poronień. Ojciec wszystko spisywał na Niemców, a dozorca w nocy zakopywał mięso w płytkich dołach nad rzeką. Później przychodziły po nie dzieci cygańskie i zabierały je w płachtach. Później dowiedziałam się, że Cyganie pomieszkali trochę w Rytrze, a potem zostali wywiezieni do Oświęcimia. Co ciekawe, po wojnie Romowie postanowili znaleźć pana weterynarza Władysława Godfreyow i mu podziękować. Część z dzieci przeżyła dzięki niemu okupację niemiecką[92].

Zagłada spotkała też Romów z Kobylego-Gródka. Zginęła Ewa Ciureja, urodzona w Rożnowie w 1914 r. Zanim ją zabito, była w więzieniach w Krakowie i Tarnowie. W obozie przebywała od końca stycznia do śmierci 13 lutego 1943 r. Zamordowano też Stefanię Ciureja z domu Szczerba (ur. 1915 r. w Przyszowej), zostawiła po sobie męża, Adama. Przebyła niemal identyczną drogę co Ewa (być może obie były dalszą rodziną). 28 stycznia wysłano je do KL Auschwitz. Stefania zginęła 14 lutego 1943 r.[93] Z historią Romów z Kobylego-Gródka związana jest postać Ludwiki Ondycz, którą przedstawiam poniżej.

Z pobliskich Siedlec pochodził Władysław Ciureja, urodzony w 1915 r. Mieszkał w Korzennej – wygląda na to, że jego rodzice, Józef i Maria, przeżyli wojnę, podobnie jak żona, Kunegunda. On sam zginął w Auschwitz 10 września 1942 r.[94] Z Wielogłów wywieziono zaledwie 13-letnią Kunegundę Ciureję. Do obozu przybyła 28 stycznia 1943 r.; 14 lutego już nie żyła[95]. Z Tęgoborzy pochodził urodzony w Nowym Sączu Franciszek Ondycz (rocznik 1894) – zostawił żonę, Ludwikę[96].

Stosunkowo niewiele wiemy o nowosądeckich Romach i okolicznościach wysłania ich do obozu KL Auschwitz. Pośród list ofiar znajdujemy też romskich mieszkańców Nowego Sącza. Kunegunda Ciureja z domu Mirga urodziła się w 1893 r. i mieszkała w Sączu oraz w Klimkówce. Była już wdową. Jak większość Romów, wysłana do obozu 28 stycznia z więzienia w Krakowie, została zabita 13 lutego 1943 r. Tak samo życie między Sączem a Klimkówką dzieliła Maria Ciureja (ur. 1893 r. w Nowym Sączu), również była wdową – spotkał ją taki sam los co Kunegundę[97]. Wiemy, że niemal do końca w obozie cygańskim przebywała Maria Merstein – nowosądeczanka urodzona w 1936 r. W 1944 r. miała zatem 8 lat. Zaklasyfikowano ją jako „bezpaństwowca”. Nie wiemy, czy Maria przetrwała likwidację obozu czy przeniesiono ją do innego[98]. W lutym 1943 r. zginął Franciszek Ondycz, urodzony w 1892 r. w Gołąbkowicach, ale mieszkający w Sączu[99].

Co ciekawe, podobnie jak w Grybowie czy Limanowej, Romowie byli uwięzieni w sądeckim getcie. Nie jesteśmy w stanie określić ich liczby, ale znamy ich relacje. Do likwidacji getta w Nowym Sączu (sierpień 1942 r.) przebywał w nim Kazimierz Horwat, wcześniej więziony w Limanowej[100]. Został schwytany pod Nowym Sączem w 1941 r. i trafił do getta: Po kilkudniowym pobycie w miejscowym areszcie przy posterunku niemieckiej żandarmerii zostałem skierowany do obozu pracy w Nowym Sączu, a potem do getta. Część osób osadzonych w getto ratowała się ucieczką, natomiast moje ciotki – Genowefa, Bronisława i Weronika Horwat oraz wuj Władysława Horwat przetransportowani zostali prawdopodobnie do obozu w Oświęcimiu lub Bełżcu, skąd już nie wrócili. Wygląda na to, że jego aresztowanie wpisywało się w dużo szerszą akcję, a sam Horwat miał sporo szczęścia. Jego dalsza historia jest bardzo ciekawa: Mieszkaliśmy w kamienicach oraz drewnianych barakach w okropnych warunkach. Ludzie chorowali. Na tyfus zmarł mój najmłodszy, urodzony w czasie wojny, brat – Dżony (Johny). Pamiętam, że dowożeni byliśmy do pracy w Rożnowie, gdzie kopaliśmy okopy. W trakcie pracy, w pewien pochmurny i deszczowy dzień, wykorzystaliśmy nieuwagę Niemca – wartownika i zbiegliśmy we trójkę. Co prawda wartownik ocknął się i oddał za nami kilka strzałów, a jedna z kul trafiła mnie w prawą nogę, to jednak przy pomocy moich przyjaciół szczęśliwie udało się nam ujść pogoni. Rozdzieliliśmy się. Samotnie ukrywałem się po lasach i w niewielkich wsiach, pracując przy pracach polowych i w obejściach domowych różnych chłopów. Przeżyłem wojnę, ale gdy wchodziły wojska radzieckie, uciekłem na Słowację, do mojego wujka, który był kowalem. Mieszkał niedaleko granicy z Polską[101].

Podobnie w sądeckim getcie przebywała Anna Ciulija, rodem z Zabrzeży – po wojnie zamieszkała w Jaśle[102]. Ciekawa jest historia Anny Czerwonobrody. Urodziła się w 1935 r. w Powroźniku. Razem z rodziną została aresztowana w Grybowie, a potem osadzona w getcie w Nowym Sączu. Przebywała tam kilka miesięcy, ale udało jej się uciec. Było to możliwe dzięki pomocy rodziny Ondyczów. Kolejne lata okupacji niemieckiej spędziła, ukrywając się w okolicznych lasach. Po wojnie przeniosła się na Ziemie Odzyskane, do Wrocławia[103]. Co ciekawe, żadne żydowskie relacje nie wskazują na obecność Romów w getcie.

Pozostała relacja o pobycie w limanowskim getcie Teresy Rogulskiej. Jako 5-letnie dziecko trafiła do tej żydowskiej dzielnicy: W czerwcu 1942 roku zostałam aresztowana z rodziną w Mszanie Dolnej, a następnie osadzono nas w getcie w Limanowej. Rodziców przewieziono do obozu do Oświęcimia i tam zginęli. W getcie panował straszny głód. W pomieszczeniach, w których przebywałam było bardzo dużo dzieci. Na jednym posłaniu spaliśmy po czworo. Brakowało odzieży. Dożywiałam się zbieranymi ze śmietnika łupinami z ziemniaków. Chodziliśmy boso – na skutek przeziębień zachorowałam na gruźlicę. Odratowano mnie, ale jeszcze po wojnie leczyłam się w szpitalu w Jaroszowcu na płuca[104]. Potem musiała także leczyć się z depresji. W zamkniętej dzielnicy przebywała z rodziną, nawet z romskimi niemowlętami. Jej siostra niestety zachorowała i nie przeżyła pobytu na terenie limanowskiego getta.

Zachowała się także ciekawa relacja z wywózki Romów do obozu. Było to w lipcu 1942 r. Świadek pisał, co widział w Nowym Sączu: Na calusieńkim przeciwległym tzw. „plażowym” brzegu siedzieli, chodzili, stali lub leżeli tylko i wyłącznie Cyganie, a ława, którą mieliśmy przejść na drugą stronę, była wręcz oblepiona ich dziećmi. Przy wąskiej drodze, która biegła wzdłuż rzeki, stało też wiele wozów, a nawet koni, które już na polankach wśród krzewów nie mogły się zmieścić[105]. Romowie nie mogli przejść na drugą stronę. Tymczasem do świadka, pani Barbary Świdzińskiej, podbiegły dzieci. Poprosiły o jedzenie, na co matka Pani Świdzińskiej dała im kilka rzeczy i poleciła wracać do swoich, aby nikt im nie zrobił krzywdy. Z relacji jej ciotki wynika, że koncentracja Romów w tym miejscu trwała od wiosny 1942 r. Wielu z nich już tam umarło z głodu. Aby przetrwać, przechodzili na drugi brzeg rzeki, żeby żebrać, zakradali się po żywność do ogrodów. Pani Barbara wspominała, że kiedy poszła innym razem na plażę, stanęła przed nią naga dziewczynka. Dzieci na plaży generalnie były albo ubrane w łachmany, albo nagie. Cyganka opalona na brąz, z bardzo długimi, czarnymi włosami, które nawet zakrywały prawie całą jej buzię wyciągając ręce, szepnęła: „Daj coś jeść”. A ja jej na to, trzęsąc się ze strachu, odpowiedziałam też szeptem: „Ale ja nic nie mam, nic!”. A ona: „To przynieś jutro cukierka, też tutaj, ja tutaj przyjdę, jestem Raisa, a ty?” „Basia” szepnęłam, a ona weszła w krzaki i zniknęła[106].

Zasadniczy problem polegał na tym, że Basia również nie miała cukierków w domu. Istniał u nich w domu „cukrowy dzień”, kiedy od matki dostawali po kostce cukru. Dziewczynka postanowiła przechować ten rarytas dla swojej romskiej koleżanki. Aby ją w ukryciu przed matką „przemycić” na plażę, musiała ubrać sukienkę z kieszonką, mimo iż była na nią za krótka. Jeszcze dosyć daleko od rzeki zatrzymał nas nagle przykry swąd i unoszące się jakby znad wody cienkie smugi dymu. Mama od razu chciała się cofnąć, ale Kaziu [brat – red.] tłumaczył, że trzeba najpierw zobaczyć, co się spaliło, może czyjś dom? Poszliśmy więc wolno i ostrożnie naprzód, rozglądając się dookoła, aż doszliśmy na tyle blisko, aby na przeciwległym brzegu zobaczyć całkiem pustą plażę, nie licząc chudego kundla, który biegał tam i z powrotem z żałosnym skowytem. Unoszące się znad krzewów, gdzie stały tabory i konie, cienkie już smugi dymu, gryzły w oczy, a cała plaża była usłana jakimiś szmatami i tobołkami, garnkami i fragmentami różnych przedmiotów i chyba nawet ludzkich ciał… Nie wiem dobrze, bo mamusia natychmiast kazała nam się odwrócić i siłą ciągnęła nas z powrotem do domu. Ja jednak stale się odwracałam z nadzieją, że gdzieś tam z tego pogorzeliska wybiegnie Raisa, abym mogła dać jej tę odrobinę cukru… Na dziewczynce scena wywarła takie wrażenie, że nie tylko nie zjadła tej kostki, ale już jako dorosła kobieta nie słodziła cukrem niczego, stroniła od słodkości. Romowie ci, jak potem ustaliła, zostali stąd wywiezieni, zapewne do KL Auschwitz[107].

Ci, którzy uniknęli wywózki, często chowali się po lasach, bojąc się, co dalej przyniesie im los. Żywili się tym, co ludzie im dawali i oczywiście tym, co mogli w lasach znaleźć. Dla przykładu pewien Rom z Rytra opowiadał, jak uciekał z matką, po drodze zachorował na tyfus i musiał iść do szpitala, ale udało się im przeżyć. Każda choroba i zetknięcie się z Niemcami wiązało się z ryzykiem śmierci[108].

Ludzie powszechnie uciekali do lasu. Aresztowany Tomasz Ciureja zostawił czworo dzieci. W Szczawnicy właściwie cała osada romska uciekła w góry. Matka Weroniki Ciureji przestraszyła się i uciekła z dziećmi w okolice Obidzy. Mieszkali z partyzantami, którzy się nimi opiekowali, a nawet ich karmili. Znali ich, bo część członków podziemia pochodziła z tej samej miejscowości co uciekinierzy. Potem doszedł do nich wujek Antoni Mirga. Jedno z dzieci niestety w lesie zmarło (Ewa Ciureja). Ukrywali się długo, nawet do 4 lat. Panowała wówczas straszna bieda – ziemniaki czy inną żywność trzeba było zdobyć we wsi, co wiązało się z ryzykowaniem życia. Potem Cirejowie uciekli w rejony Jazowska bo była draka – walki partyzantów z Niemcami. Poszli do gospodarza, który ich ukrywał do końca wojny; zakwaterował Romów w stajni. Znał się dobrze z ich ojcem, który już wtedy zapewne był zamordowany w Auschwitz. Następnie dotarli do Rdziostowa. Tam też bali się chodzić po jedzenie, przymierali głodem. W zimie, żeby nie zamarznąć, matka paliła ognisko, ale tak, żeby nie było widać dymu. Tam też widzieli prawdziwe okrucieństwo wojny. Weronika Ciureja wspominała, że widziała, jak Żydzi wykopali ogromny dół i posypali go wapnem. Potem Niemcy ich zastrzelili. Jak oni odeszli, to oni w tym grobie się jeszcze ruszali – opowiadała. Romowie następnie zobaczyli, jak polski sąsiad „cmentarza” przysypywał ten dołek, bo Niemcy mu kazali. Wśród ofiar były kobiety i dzieci. Przywiozło ich ok. 5 samochodów. Później Ciurejowie udali się w stronę Starego Sącza. Wyzwolenie zastało ich w Popowicach. Znajdowały się tam dwa domy romskie i tam zostali przyjęci. Dopiero po wojnie zamieszkali w Nowym Sączu[109].

Życie bez pomocy Polaków lub innych Romów było w tych leśnych warunkach niemożliwe. Andrzej Włoch wspominał, że z matką uciekł z obozu Plaszow: Zmuszeni byliśmy do ukrywania się w lasach przed Niemcami, którzy urządzali zasadzki na ukrywających się Romów. Byliśmy wówczas w rejonie Limanowej i Nowego Sącza. Tylko dzięki pomocy przychylnych ludzi udało się nam dotrwać do końca wojny. Ukrywali nas w opuszczonych szopach, budynkach, ale też nierzadko byliśmy w lesie. Partyzanci na ogół byli nam przychylni. Wyzwolenie zastało nas w pobliżu Krynicy[110].

Warto tutaj wspomnieć, że Romowie wykonywali na zlecenie okupanta poniżające prace. Powszechne w wielu wspomnieniach było tłuczenie kamieni pod drogę, tradycyjne przedwojenne ich zajecie. Od Zawady w stronę Nawojowej, a nawet dalej, w stronę Nowej Wsi ludzie wozili wybrane z rzeki kamienie. Cyganie tłukli kamienie, które ludzie przynosili znad rzeki. Zadanie Romów polegało także na układaniu tych kamieni w odpowiedni sposób na jezdni[111].

Istnieje także przekaz o tym, że jeden z Romów zakopywał grób starosądeckich Żydów. 17 sierpnia 1942 r. urządzono w Starym Sączu selekcję i zlikwidowano getto. Zdrowych popędzono piechotą do Nowego Sącza, zaś chorych, starszych i słabych zastrzelono nad Popradem, w lesie na Piaskach. Po zbrodni, według przekazów świadków, zwłoki rozbierał i spychał do grobu – piwnicy spotkany przypadkowo po drodze Rom. Zapłatą dla niego było  ubranie[112]. Ciekawe w kontekście omawiania prac Romów są wspomnienia Antoniego Goga z Rytra, który uciekł z rodziną z getta w Bochni i trafił do Nowego Sącza: Matka miała jeszcze jakieś kosztowności i to pomogło nam przeżyć. Sama kupiła fałszywą kenkartę i dostaliśmy się do Nowego Sącza, bo w większym mieście zawsze łatwiej było. Pracowała w jakiś zakładach kolejowych, a my byliśmy bezpieczni. W ten sposób doczekaliśmy końca wojny. Po wojnie wróciliśmy do wędrówki w taborze, bo to nasze całe życie było[113].

Smutne są losy dzieci, które pozostały po ofiarach wojny. Strzępki informacji ich dotyczących możemy znaleźć w archiwum. Niektóre z sierot nie miały nawet imion i nazwisk. Taka sytuacja w 1949 r. wystąpiła w Domu Dziecka w Muszynie. Przebywała tam Agnieszka Mirga (ur. 1944 r.), która sama musiała się wystarać o pobyt w placówce. W czasie okupacji Niemcy zamordowali jej rodzinę, opiekowała się nią babcia, która później zmarła. Inne dziecko – o nieustalonej tożsamości – to Władysław (ur. 1942 r.), którego nazwano Cygan (z braku znajomości nazwiska). Przyjął on nazwisko Czerwieniak. Wszystkie takie zapomniane sieroty zostały ochrzczone[114]. Dokument pokazujący ich samotny i bezsensowny los to tylko ułamek tego, co zapewne działo się z wieloma sierotami. Wiele z nich zmagało się problemami psychicznymi, trafiało do domów dziecka. Ich protektorami i opiekunami bywali też duchowni. Teresa Rogulska wspominała księdza Skalskiego, który się nią zajął po 1945 r.[115].

Ludwika Ondycz, znana jako Jaga, po wojnie wychowywała 24 romskie sieroty. Oprócz tego miała do wychowania 12 swoich dzieci. Była szeroko znana w regionie, cieszyła się powszechnym szacunkiem aż do swojej śmierci w wieku 101 lat, w 2005 r. Ktoś kiedyś powiedział, że jedną piersią karmiła własne dziecko, a do drugiej przytulała sierotę. Zabiegała o ich byt, choć czasy nie były łatwe – wspominał ją na pogrzebie miejscowy proboszcz w Marcinkowicach[116]. Przez lata uzyskała ona olbrzymi szacunek lokalnej społeczności, stała się pewnym symbolem sądeckim Romów[117]. Mało kto znał jej tragiczną historię z okresu okupacji.

Opowiadała o niej Franciszka Donga rodem ze Znamirowic – naoczny świadek wydarzeń wojennych. Możemy przypuszczać, że rozegrały się one w 1942 lub początkiem 1943 r. Wówczas kilkuletnia Franciszka mieszkała z rodziną w Kobylem–Gródku (dziś Gródek nad Dunajcem). Pewnego dnia na rozkaz Niemców polska policja (tzw. granatowa) zabrała jej rodziców i innych – w domu zostało łącznie 24 dzieci. Wszyscy pochodzili z rodziny Ciureja. Dorośli zostali zabrali na samochody. Dzieci bardzo płakały. Do opieki nad małoletnimi została wyznaczona jedna Polka. Było to konieczne, bowiem wśród osieroconych były nawet takie dzieci, które liczyły po pół roku. Ciotkę Jagę, czyli Ludwikę Ondycz, też zabrali na gestapo, ale ją wypuścili. To było dosyć dziwne i niespotykane, ale ponoć wzięła Niemców na litość. Mleko kapało jej po spódnicy – wspominali Romowie, bo Jaga miała 2–3-miesięczne dziecko. Wróciła i zapukała do okna, co sprawiło dzieciom niebywałą radość. Siedziały w strachu same w domu kilka dni. Została z nimi, ale bała się o los swój i nowych podopiecznych. Nie chciała tam mieszkać i wszyscy przenieśli się do Marcinkowic. Zamieszkali koło rzeki, a Jaga dostawała pomoc od gminy. Kiedy przyszli Rosjanie, musieli uciekać do lasu; bali się, a szczególnie dziewczęta – Jaga nie przewidywała niczego dobrego. Dzięki tej niezwykłej opiekunce całej gromadce dzieci udało się przeżyć tyfus, który zapanował w jej osadzie. Warto tutaj dodać, że liczba dzieci wychowanych przez Jagę jest niespotykana. Wśród Romów w tych tragicznych dniach panowała niezwykła solidarność. Podobnie jak Ludwika Ondycz, tak samo Ewa Bońco w Ochotnicy opiekowała się zarówno swoimi dziećmi, jak i sierotami – miała 4 swoich i 4 przygarniętych podopiecznych. Uciekała z nimi lasami przed Niemcami. Wszyscy przetrwali[118].

Romowie niechętnie wracali do przeżyć wojennych, także ci, którzy przeżyli gehennę obozów. Młodsi chronili starszych przed tymi wspomnieniami, tak bolesnymi. Często wywiady kończyły się na słowach „nie pamiętam”, „naszych dużo zginęło” – bardzo ogólnikowo[119]. Niechęć wynikała też ze względów kulturowych. W obozach pojawiał się głód, zdarzały się gwałty, co w powojennej rzeczywistości mogło skazywać żyjących na swego rodzaju ostracyzm.

Trudno dokładnie określić liczbę ofiar romskich w okresie II wojny światowej. Dane wahają się między 250 tys. a nawet 1,5 miliona. Powszechnie w wielu opracowaniach przyjmuje się liczbę 500 tys. osób. Pośród nich są także mieszkańcy Nowego Sącza i Sądecczyzny. Na terenach okupowanej Polski zginęło ok. 28 tys. Romów, to jest 60% wszystkich członków tej mniejszości. Inni badacze podają liczbę 8 tys. i piszą, że stanowiło to 1/3 populacji. Pamięć o tych wydarzeniach w naszym regionie nie istnieje. Nie jesteśmy odosobnionym przypadkiem, ale to nie oznacza, że tak powinno zostać[120].

Zagłada Romów ma wielkie konsekwencje dla kolejnych pokoleń. Jak słusznie zapisał prof. Kapralski: Zniszczenie więzi społecznych, spowodowane masową zagładą, sterylizacją i przymusowymi migracjami, przyczyniło się również do zerwania międzypokoleniowych kanałów przekazywania pamięci, co utrudniło Romom wytworzenie po wojnie wspólnot podzielanej pamięci o swojej tragedii. Pamięć prześladowań przyczyniła się również do dalszej marginalizacji Romów, gdyż wzmacniała postawę wycofywania się z życia społecznego[121].

2 sierpnia co roku obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Zagładzie Romów. Warto tego dnia pamiętać o tych, których śmierć spotkała w komorach gazowych i lasach Sądecczyzny.

——————————————————————————————

[1] Ł. Połomski, Wizerunek Cygana w polskojęzycznej prasie galicyjskiej i międzywojennej, „Studia Romologica” nr 5: 2012, s. 257–270.

[2] Kierunki integracji małopolskich Romów, red. M. Leśniak, S. Sorys, Kraków 2014. Warto w kontekście historii zwrócić uwagę na artykuł K. Popieli, Charakterystyka rodzin romskich z grupy Bergitka Roma w Nowym Sączu oraz ich główne problemy. Tematy związane z przeszłością poruszają m.in. N. Gancarz oraz A. Bartosz.

[3] Zob.: J. Talewicz-Kwiatkowska, Holokaust Romów. Czy rzeczywiście zapomniany?, „Nigdy Więcej” nr 22: 2016.

[4] J. Ficowski, Cyganie na polskich drogach, Warszawa 2013, s. 23–24.

[5] A. Mirga, L. Mróz, Cyganie. Odmienność i nietolerancja, Warszawa 1994, s. 44. Zob.: L. Ostałowska, Cygan to cygan, Wołowiec 2012.

[6]  Sami Romowie określali się po prostu jako „Roma”, a nawet „Amare Roma” czyli po prostu „Nasi Romowie”.

[7] J. Ficowski, op. cit., s. 28.

[8] J. Ficowski, op. cit., s. 101–102.

[9] T. Koper, op. cit., s. 26.

[10] ASS, Relacje Jakuba Müllera z 2009 r., Markusa Lustiga z 2015 r. i in.

[11] Galicya, jej ziemia płody i ludy. Z pism pośmiertnych księdza Franciszka Siarczyńskiego, „Gazeta Lwowska”, Dodatek Tygodniowy przy Gazecie Lwowskiej, 1857, nr 48, s. 196.

[12] Ibidem.

[13] W. Serwatowski, O narodowościach w Galicyi a w szczególności o Cyganach, „Przegląd Poznański”, 1851, s. 414.

[14] O cyganach (dopełnienie artykułu: „Etnografia Galicyi”), „Czas”, 1851, nr 53, s. 1–2.

[15] Szerzej o historii Romów: A. Fraser, Dzieje Cyganów, Warszawa 2001.

[16] Zob. więcej: S. Kapralski, Naród z popiołów. Pamięć zagłady a tożsamość Romów, Warszawa 2012.

[17] J. Ficowski, op. cit., s. 147–149. Zob. szerzej: J. Dębski, J. Talewicz-Kwiatkowska, Prześladowania i masowa zagłada Romów podczas drugiej wojny światowej w świetle relacji i wspomnień, Warszawa 2007.

[18] J. Ficowski, op. cit., s. 150–152.

[19] S. Kapralski, Niedyskursywna pamięć traumatyczna a tożsamość zbiorowa. Romowie wobec doświadczenia zagłady, „Prace Kulturoznawcze” t. 24: 2000, nr 2, s. 20.

[20] Relacja Antoniego Goga [w:] Ocalić od zapomnienia. Holokaust Romów i Sinti w relacjach świadków i we współczesnym dyskursie, Oświęcim 2014, s. 67.

[21] Zob. więcej: A. Bartosz, Nie bój się Cygana, Sejny 1994, s. 37–46.

[22] J. Ficowski, op. cit., s. 160.

[23] Ibidem, s. 162.

[24] Archiwum Yad Vashem, syg. 033-1486, M. Bergman – Winter, Memorandum. Nowy Sącz – Sambor 1939–1945, s. 32–33.

[25] Drugim takim obozem był Terezin.

[26] Co ciekawe, sporo z przytaczanych poniżej Romów z Sądecczyzny nie znalazło się na liście więźniów obozu cygańskiego, co może świadczyć o tym, że stali się częścią „obozu ogólnego”. Zob. m.in.: Księga Pamięci. Cyganie w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, Monachium – Londyn – Nowy Jork – Paryż 1993.

[27] J. Ficowski, op. cit., s. 187-188. Zob.: F. Piper, Zagłada, [w:] Auschwitz 1940-1945. Węzłowe zagadnienia z dziejów obozu. Zagłada, t.III, pod red. W. Długoborskiego i F. Pipera, Oświęcim – Brzezinka 1995, s. 44-48.

[28] Zob. więcej: G. L. Posner, J. Ware, Mengele. Polowanie na anioła śmierci, Kraków 2000; U. Volklein, Josef Mengele. Doktor z Auschwitz, Warszawa 2011; M. Nyiszli, Byłem asystentem doktora Mengele. Wspomnienia lekarza z Oświęcimia, Oświęcim 2000.

[29] J. Ficowski, op. cit., s. 189–191. Zob.: L. Ostałowska, Farby wodne, Wołowiec 2011.

[30] Szerzej o historii: J. Talewicz-Kwiatkowska, Romowie i Sinti w KL Auschwitz, [w:] Głosy pamięci 7: Romowie w KL Auschwitz, S. Kapralski, M. Martyniak, J. Talewicz-Kwiatkowska, Oświęcim 2011, s. 17–19.

[31] J. Ficowski, op. cit., s. 197.

[32] A. Lubecka, op. cit., s. 159–160.

[33] D. Czech, Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz, Oświęcim–Brzezinka 1992, s. 331.

[34] M. Martyniak, Deportacje Romów do KL Auschwitz przed utworzeniem tzw. Zigeunerlager w świetle zachowanych dokumentów [w:] Głosy pamięci…, s. 7.

[35] Ibidem, s. 11.

[36] Visual History Archive Online (dalej: VHA), nagranie 37607, relacja Weroniki Mirgi.

[37] G. Olszewski, Księga pamięci. Więźniowie KL Auschwitz z powiatu nowosądeckiego, Nowy Sącz 2012, s. 112–113.

[38] Ibidem, s. 159.

[39] Ibidem, s. 160–161.

[40] Ibidem, s. 434–435.

[41] Ibidem, s. 521.

[42] Ibidem, s. 161.

[43] Ibidem, s. 406.

[44] Ibidem, s. 524.

[45] Ibidem, s. 113.

[46] Ibidem, s. 436.

[47] Ibidem, s. 113–114.

[48] Sz. Nowak, Zostań chociaż na chwilę. Tyle lat cię nie było [w:] J. Bogacz, Co można zabrać w ciągu godziny. Wspomnienia mieszkańców Krynicy i okolic, Krynica Zdrój 2019, s. 44.

[49] G. Olszewski, op. cit., s. 523.

[50] Ibidem.

[51] W. Garbera, Cyganie z Mochnaczki  [w:] Z łemkowskiej skrzyni. Część pierwsza. Opowieści z Ługów i okolic, Strzelce Krajeńskie 2004, s. 57

[52] Sz. Nowak, op. cit., s. 44.

[53] G. Olszewski, op. cit., s. 113.

[54] Ibidem, s. 435.

[55] Ibidem, s. 523–524.

[56] Ibidem, s. 113–114.

[57] Ibidem, s. 159.

[58] Ibidem, s. 159.

[59] Ibidem, s. 436.

[60] Ibidem, s. 435.

[61] Ibidem, s. 160.

[62] Ibidem, s. 436.

[63] W. Kochan, Wojna była potworna, [w:] Z łemkowskiej skrzyni…, s. 52.

[64] Ibidem, s. 160.

[65] Ibidem, s. 159–160.

[66] Ibidem, s. 150.

[67] Ibidem, s. 408.

[68] https://www.facebook.com/grybow/posts/2659368834169810:0  [dostęp 1.07.2021 r.] Autor Kamil Kmak trafił na tę relację w Shoah Foundation w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie.

[69] G. Olszewski, op. cit., s. 436.

[70] Ibidem, s. 521–524.

[71] A. Lubecka, op. cit., s. 161.

[72] G. Olszewski, op. cit., s. 407.

[73] Ibidem, s. 122.

[74] Ibidem, s. 406–408.

[75] Ibidem, s. 559.

[76] Ibidem, s. 148–151.

[77] Ibidem, s. 408.

[78] Ibidem, s. 559.

[79] Ibidem, s. 148–151.

[80] Ibidem, s. 407.

[81] Ibidem, s. 406–407.

[82] Ibidem, s. 148–149.

[83] J. Plechta, Ocalić od zapomnienia. Dorobek historyczno-literacki Sądecczyzny, Nowy Sącz 2000, s. 93.

[84] A. Lubecka, op. cit., s. 173.

[85] A. Lubecka, op. cit., s. 162.

[86] G. Olszewski, op. cit., s.148–150.

[87] Ibidem, s. 229.

[88] Ibidem, s. 434.

[89] Ibidem, s. 435.

[90] A. Lubecka, op. cit., s. 160.

[91] Ibidem, s. 162.

[92] B. Godfreyow, Wspomnienia okupacyjne, „Almanach Sądecki” R. XVIII: 2009, nr 3/4 (68/69), s. 49–50.

[93] G. Olszewski, op. cit., s. 148–150.

[94] Ibidem, s. 151.

[95] Ibidem, s. 149–150.

[96] Ibidem, s. 435.

[97] Ibidem, s. 149–150.

[98] Ibidem, s. 396.

[99] Ibidem, s. 435.

[100] http://www.antyrasizm.stowarzyszenie.romowie.net/-Kazimierz-Horwat-167.html [dostęp 1.07.2021 r.]

[101] Relacja Kazimierza Horwata [w:] Ocalić od zapomnienia …, s. 73.

[102] http://www.stowarzyszenie.romowie.net/index.php/czytnik-rocznicy-miesiaca/items/Anna-Ciulija-173.html [dostęp 1.07.2021 r.]

[103] http://www.stowarzyszenie.romowie.net/index.php/czytnik-rocznicy-miesiaca/items/-Anna-Czerwonobroda-172.html [dostęp 1.07.2021 r.]

[104] Relacja Teresy Rogulskiej [w:] Ocalić od zapomnienia…, s. 61.

[105] B. Świdzińska, Jak przeżyłam II wojnę światową? [rękopis w Zbiorach Specjalnych Sądeckiej Biblioteki Publicznej], s. 65.

[106] Ibidem, s. 66.

[107] Ibidem, s. 66 – 67.

[108] A. Lubecka, op. cit., s. 164.

[109] VHA, Nagranie 37607, relacja Weroniki Mirgi.

[110] Relacja Andrzeja Włocha [w:] Ocalić od zapomnienia…,  s. 68.

[111] Archiwum Sądeckiego Sztetlu, Relacja Julii Podolak z 2021 r.

[112] Materiały dot. Likwidacji getta zgromadzone w Muzeum w Starym Sączu. Zob.: A. Talar, W. Wdowiak, Piwniczańscy Żydzi na tle dziejów miasta, Piwniczna Zdrój 2008, s. 300.

[113] Relacja Antoniego Goga [w:] Ocalić od zapomnienia…, s. 67.

[114] ANKrONS, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu , 31/10/192, List z Miejskiego Domu Dziecka w Muszynie do Starostwa Powiatowego w Nowym Sączu z dn. 22 sierpnia 1949 r., k. 117.

[115] Relacja Teresy Rogulskiej…, s. 61.

[116] Opiekunka sierot, zob.: https://dziennikpolski24.pl/opiekunka-sierot/ar/1436342 [dostęp 1.07.2021 r.]

[117] M. Majewski, Rozmowy Polaków i Cyganów, „Rzeczpospolita” nr 146 z dn. 24 czerwca 1998 r.; Jaga kończy 100 lat, „Gazeta Nowosądecka”, dodatek do „Gazety Krakowskiej” z dn. 27 września 2004 r., s. I i V.

[118] VHA, Nagranie 43317, relacja Franciszki Dongi.

[119] A. Lubecka, op. cit., s. 158–159.

[120] S. Kapralski, Niedyskursywna pamięć traumatyczna a tożsamość zbiorowa.  Romowie wobec doświadczenia zagłady, „Prace Kulturoznawcze” t. 24: 2000, nr 2, s. 13–36; M. Weychert-Waluszko, Niewidzialna zagłada Romów, „Estetyka i Krytyka” nr 44 (1/2017), s. 73–88.

[121] S. Kapralski, Romowie jako ofiary zagłady, [w:] Ocalić od zapomnienia. Holokaust Romów i Sinti w relacjach świadków i we współczesnym dyskursie, Oświęcim 2014, s. 31